niebo
Kochanie to ja jestem Twoim stwórcą 2-2
19 lutego 2019
kobiecość
Straciłam swój blask. Część 2
27 kwietnia 2019

Zraniłam się ! Część 1

kapelusz

Co ja sobie zrobiłam?! Doszłam do takiego wniosku po drugiej lampce wina pewnego deszczowego popołudnia, kiedy to po raz kolejny użalałam się nad swoim losem, spowodowanym brakiem akceptacji do samej siebie.
Moje energie kobiecej natury leżały na asfalcie w kałuży pełnej lęków i zwątpień. W lustrze, kiedy w nie spoglądałam odbijała się postać zmęczonej kobiety, zaniedbanej, wyczerpanej obowiązkami domowego ogniska. Czułam się tak, jakby ktoś wyssał ze mnie żeńską energię, a następnie, bez żadnych zahamowań przejechał po mnie czołgiem. Dzieci, maż, zwierzak, ogródek, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie i praca na etacie. Miałam wszystkiego po dziurki w nosie! Nie czułam siebie w sobie. Nie było mnie, nie istniałam, a przecież żyję, oddycham, czuję, słyszę i widzę.
Oceniając moje życie z fotela świadka nie powinnam na nic narzekać. Poukładane jest, jak alfabet od A do Z, no może z małymi wpadkami… a mimo tego było mi czegoś brak? Nie wiem, czy to lampka wina spowodowała, że pościły mi nerwy i wyluzowałam na maksa, czy może oświecenie w tym temacie dotarło na miejsce mojej świadomości?
Tym brakującym aspektem, który niegdyś dawał mi tyle radości, podnosił moją samoocenę, budował szacunek do samej mnie, chronił przed nadmiernym wysiłkiem fizycznym, jak i toksycznymi emocjami. Pozwalał mi akceptować siebie taką, jaka jestem w rzeczywistości, była zatracona kobiecość! To tu leżał główny problem mojej udręki, niezadowolenia, frustracji…
Źródło mojej kobiecości w moim wnętrzu wysychało z dnia na dzień coraz bardziej i bardziej, podczas gdy ja obłędnie szukałam innej przyczyny… Dolałam sobie wina do kieliszka, który jak odnosiłam wrażenie rozumiał moje myśli i doskonale wiedział, co jest na rzeczy.
Po raz kolejny tym razem bardziej skrupulatnie, spojrzałam oczami wyobraźni wstecz, wprost do mojej przeszłości. Szukałam w niej odpowiedzi…
Nie wiem, kiedy przekroczyłam niebezpieczny dla mnie próg? Pozwoliłam sobie na naruszenie moich osobistych granic przez innych ludzi. Pozbawiłam się własnej przestrzeni w której czułam się komfortowo i mogłam swobodnie oddychać.
Podsumowując moje starania założyłam ciężkie buty na nogi po czym podeptałam własne szczęście, marzenia, sukces zawodowy. Porzuciłam pasje i to na czym mi zależało najbardziej. Szacunek do samej mnie utopiłam, jak marzannę na wiosnę beztrosko pozwalając jej odpłynąć. I to wszystko na własne życzenie. Tak przyznaję się – zrobiłam sobie krzywdę! Tego wieczoru po raz pierwszy od długiego czasu zaakceptowałam własną porażkę, nieudolność, zatracenie się w sobie jednocześnie odnosząc przy tym sukces emocjonalny skoncentrowany już włącznie na mojej kobiecości. Krok po kroku wciśnięta w fotel w pomieszczeniu gdzie panował półmrok i czuć było parafinę, którą ogrzewał dość intensywnie palący się płomień. Analizowałam to kim byłam, jak się czułam i czego doświadczałam, kiedy żeńska energia biła we mnie życiem. Tym razem nie pozwoliłam mojemu wewnętrznemu krytykowi dojść do głosu zasłaniając się wymówkami, bo mąż, bo dzieci, bo obowiązki… Analizowałam siebie, bacznie przyglądając się samej sobie. Dlaczego tak się stało? Jak do tego doszło? Kiedy przestałam zauważać własne pragnienia…?
Fakty mówiły same za siebie.
Nie słuchałam swoich własnych potrzeb, kiedy wołały do mnie głośno. Zakłócałam te nieme głosy, bardzo skutecznie obowiązkami dnia codziennego. Na dodatek, jakby mi było mało, co jakiś czas podnosiłam sobie własną poprzeczkę wydajności. Jednym słowem sabotowałam samą siebie. A nawet od jakiegoś czasu coraz częściej znieczulałam się alkoholem, co następnego dnia kończyło się bólem głowy i wcale nie poprawiało mi nastroju, a wręcz przeciwnie bardziej dynamicznie pogłębiało moje poczucie winy tej beznadziejnej sytuacji w jakiej miałam wrażenie tkwić.
Uciekałam od siebie od swoich prawdziwych potrzeb. Nie chciałam przyjąć własnych emocji. Zaakceptować je wszystkie takimi, jakie one naprawdę są, bez oceny, bez cenzury. Oporowałam przed tym, aby raz na zawsze świadoma swojego wyboru zrobić z nimi porządek. Przyznać się wreszcie przed samą sobą do porażki, aby nigdy więcej nie dopuścić do tego, by czuć się podle we własnej skórze…
Namierzenie mojego niezadowolenia w życiu nie było trudne. Tylko dlaczego ja nie chciałam mu spojrzeć prosto w oczy? Dlaczego pozwalałam się ranić nakazami i zakazami, które sama sobie ustalałam? Tolerowałam w sobie coś czego tak naprawdę nie chciałam, nie czułam w danej chwili. Czego skutkiem ubocznym było to, że coraz rzadziej pojawiał się na mojej twarzy lojalny uśmiech wobec siebie i innych…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *