kobiecość
Straciłam swój blask. Część 2
27 kwietnia 2019
kobieta
Dopóki trwa życie! Część 4
8 maja 2019

Płaczę bo wypada. Część 3

husta

Moje wewnętrzne nastroje bujały się, jak opustoszała huśtawka na wietrze. Od panicznego ataku złości po nieziemską błogość. Od wyczerpania fizycznego aż po bezruch, choćby jednym palcem u nogi.
Patrzyłam na utraconą część mnie, która, jak królowa wszelkiej obfitości sprawiała, że potrafiłam zachwycać się kroplami rosy o poranku, biec w ulewie bez parasola, śmiać się jak dziecko. Zauważałam tęczę, księżyc i słońce, wiosnę i jesień. Wtedy oddycham całą sobą i kocham do szaleństwa… Po chwili już tylko wściekałam się na własne ograniczenia, za to jak przestałam się sobą opiekować, szanować własne uczucia. Patrzyłam jak odrętwiała, kiedy obraz moich marzeń zamazywał się bezpowrotnie. Pozwoliłam, aby to źródło z którego czerpałam najwięcej radości, wysychało z każdym dniem bardziej i bardziej. Chciałam zatłuc upierdliwego komara w ciemnym pomieszczeniu, ale on przebiegły brzęczał i brzęczał, a ja nie mogłam go dostrzec. Do głowy mi nie przyszło zapalić światło. Odzyskać to, co straciłam. Pokłonić się porażce, wyjść ze swoim problemem do kogoś, komu mogę zaufać… Nie było mnie we mnie!!! Zapomniałam po co żyję? Jakie są moje wartości, pragnienia? Co sobie cenię, a czego wolałabym unikać? Co jest dla mnie ważne, a co mogę zignorować? I przede wszystkim czego oczekuję od siebie? Nie od męża, dzieci, przyjaciół czy sąsiada.
Podłożem wszelakich wzlotów i upadków, które symbolizowały zmienne stany emocjonalne, niczym wicher na pustyni. Który przy niekontrolowanym podmuchu powietrza, przemieszcza z miejsca na miejsce ziarenka piasku, tworząc wydmy o dziwnych kształtach, przybierające moje myśli- tkwiły we mnie samej!!! Uświadomiłam sobie, że stan w którym się znalazłam jest w dużej mierze konsekwencją mojego postępowania. Tym razem nie mogłam na nikogo zrzucić winy. Kiedy to zrozumiałam łzy pociekły mi po policzkach. Nie wzięłam odpowiedzialności za swoje życie! Moje potrzeby, mój stan ducha, umysłu, moje ciało… ale za to dobrze wychodziła mi odpowiedzialność za innych.
Opróżniłam w samotności całą butelkę wina i przyznam, zakręciło mi się w głowie ale tym razem bardzo pozytywnie. Przecież to nie ja ?! Wytrzeszczyłam szeroko oczy, kiedy to do mnie dotarło. To wszystko co robiłam dotychczas, jak się zachowywałam, to jakaś pomyłka?!
Więc skoro nie ma mnie we mnie to, gdzie jestem?! Gdzie znikła ta kobieta, której nie pozwoliłam zrobić krzywdy. Zabraniałam użalać się nad sobą z byle powodu. Oddalałam dłonie aby nie obgryzała paznokci. Wyrzucałam do kosza porozciągane bluzy. Protestowałam, kiedy ktoś ją obrażał i wyznaczałam jasne granice… Gdzie podziała się prawdziwa JA? Pytania, pytania, pytania, dla mnie i do mnie. Refleksja przy blasku świecy.
Nie chciałam aby moje myśli, jak ważne dla mnie tego wieczoru, umknęły mi bezpowrotnie. Jutro mogłam zwyczajnie zapomnieć, a tak dobrze mi szło, rozmyślanie…
Chwiejnym ruchem wstałam od stołu, odsunęłam szufladę i sięgnęłam po notatnik odpowiedni do zwierzeń. To w nim zapisywałam co czuję, myślę… Rozrysowałam kolumny i odpowiednio je nazwałam. Wnioski zaczęły płynąć niczym bieżąca woda w kranie.
Z minuty na minutę odkrywałam siebie na nowo. Niekształtne litery na kartce papieru niczym rzodkiewki na grządce, układały się w logiczne treści. Bazgroliłam nie moje przekonania, nie moje wzorce, nie moje przysłowia, programy podświadomości, zachowania i nawyki.
Zrozumiałam, że bardziej ufałam mojemu wewnętrznemu krytykowi, jak swojemu sercu, uczuciom oraz intuicji. A on bezkarnie mnie wykorzystywał, straszył, zawstydzał, upominał, głosił morały, co wypada a co nie. Popędzał, krytykował, krzyczał. Płakałam, ale moje łzy nie robiły na nim żadnego wrażenia, żadnej w nim skruchy. Jak sztywny sopel lodu olbrzymich rozmiarów, odporny na mróz, bez strachu, że nadejdzie odwilż, regularnie wzbudzał we mnie poczucie winy. Wskazywał palcem dowody na to, że rola matki i żony określa pewne stanowisko… Więcej od życia nie dostanę, bo mi się nie należny.
Wszystko określał w szarych barwach. Żadnej pochwały, aprobaty, adoracji, wsparcia, zrozumienia, głaskania po głowie, a przecież tak bardzo się starałam. No właśnie – chyba za bardzo!…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *