husta
Płaczę bo wypada. Część 3
30 kwietnia 2019
lato
Analizować siebie. Część 5
26 czerwca 2019

Dopóki trwa życie! Część 4

kobieta

Postanowiłam, wysłać mojego wewnętrznego krytyka na wieczne wakacje. Jego kuratela do odzyskania utraconego szczęścia, opieki nade mną i akceptacji samej mnie, była zbędna. Może kilka razy, nie pozwolił mi popaść w tarapaty, ale z łatwością zliczyłabym jego pomoc na palcach swoich dłoni. Zrozumiałam, że taki doradca już dawno temu, nadawał się tylko do zwolnienia. Definitywnego zerwania kontaktu! Po czym dodatkowo wymruczałam pod nosem sprecyzowane wnioski: pseudo pomoc zwichrowanego emocjonalnie krytyka w żaden sposób nie odbuduje mojej pewności siebie. Potrafię doskonale zaopiekować się sobą, zwłaszcza teraz, kiedy muszę nabrać siły, by pochylić się nad głęboką studnią- źródłem mojej kobiecości. Zanurzyć w niej miedziane wiadro. I nieugięta z determinacją spragnionej kobiety, wyciągnąć je na powierzchnię wypełnione po brzegi żeńską energią. A potem już tylko pic i pić, aż do utraty pragnienia. Odzyskać to, co utraciłam, zaniedbałam, zapomniałam, zbezczeszczam i podeptałam. Wyparłam niejednokrotnie ze swojego wnętrza tłumacząc sobie, że dobro mojej najbliższej rodziny jest priorytetem i tego mam się trzymać. I takim właśnie tokiem myślenia zrobiłam sobie krzywdę. Potworną krzywdę. A nikt mnie do niczego nie zmuszał…

Nurkując wstecz do głębin niedalekiej przeszłości. Dostrzegłam, że wręcz maniakalnie unikałam głębokich fal, by nikomu z moich bliskich nie stała się krzywda… Trzymałam mocno za ster naszego jachtu. Ustalałam kierunek, śledziłam współrzędne, pilnowałam porządku i robiłam dobrą minę, kiedy ktoś wypadał za burtę, a potem rzucałam za nim koło ratunkowe, komentując, że znowu miałam rację… Poległam w życiowym rejsie o nazwie „wszyscy tylko nie ja”. Ujmując w skrócie długo żeglowałam na oślep, choć odnosiłam odmienne wrażenie…

Ziemskim obowiązkom, które podarowałam sobie w prezencie zupełnie bez okazji, czując się przy nich, jak niewolnica, powiedziałam- stop!!! Przypomina Ci coś ten schemat? To droga donikąd zaufaj mi. Ciągłe odmawianie sobie przyjemności na rzecz kogoś lub czegoś i robienie określonych czynności wbrew własnej woli to strzał w kolano…

Nigdy nie jest za późno aby zacząć od nowa. Oddać ster, mapę zaufania, koło ratunkowe i wyskoczyć za burtę, aby zwyczajnie odpocząć. Dopóki trwa życie jest siła jest moc! Tylko trzeba po nią sięgnąć z odwagą. Ale żeby coś miało miejsce i głębszy sens, istnieje dodatkowy bardzo istotny warunek – sposób myślenia o życiu musi ulec zmianie!

Uświadomione aspekty

Żelazne, jak brama średniowieczna postanowienia, zasiedliły moje myśli. Choć był to początek mojej kilometrowej pieszej wędrówki, to i tak na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech. Powróciła nadzieja, jakby ktoś zapalił światło w pomieszczeniu, gdzie od dawna było słychać brzęczenie upierdliwego komara, abym mogła go wreszcie zobaczyć.

Samo uświadomienie sobie sytuacji w jakiej tkwiłam, było z mojej strony potęgującym wyczynem i wielką próbą samo ocalenia. Takie olśnienie zwiastowało również, początek nowej ery mojego istnienia tu na ziemi.

Zobaczyłam własne błędy i zaprzysięgłam sobie zmianę o której wiedzieli: pusta butelka po winie, uśmiechający się do mnie kieliszek, kartka papieru, czerwony długopis i ja.

Gorąca kąpiel z dodatkiem olejków eterycznych nie wtedy, kiedy „obsłużę cały dom”, ale wtedy, kiedy mam na nią ochotę. Na wyjście z przyjaciółką bez względu na minę mojego męża. Na ulubioną potrawę, a nie taką, jaką lubią moi najbliżsi. Na bezsensowne wpatrywanie się w ekran telewizora na którym wyświetlały się bajkowe postacie, a przedział wiekowy nie przekraczał mentalnej uwagi siedmiolatków, i tylko dlatego, że córka nie chciała zostać sama w salonie. Na kolejne spędzanie czasu w beznadziejnym garażu, asystując mężowi w charakterze dostarczyciela narzędzi, które mogłam udźwignąć. Na stracony czas przy obsłudze bandy rówieśników mojego nastoletniego dziecka, zamiast odpocząć, wtopiona w wygodny fotel z książką w dłoni. Na zamartwianie się brakiem ziemniaków na obiad, kiedy można odpalić piekarnik i wrzucić do niego mrożoną pizzę. I co z tego, że nie jest zdrowa?! Jedna pizza nie spowoduje spustoszenia w żołądku… Takim, jak i innym zdarzeniom, powiedziałam definitywne- dość!!!

Nadszedł czas, by wyjść spod pręgierza, bo inaczej się wykończę. Nie miałam zamiaru dłużej się biczować, a raczej zdecydowałam sobie dogadzać- emocjonalnie, fizycznie, duchowo i kulinarnie.

Smak życia

Do garnka uzdrawiającej mnie zupy dodałam: przyprawę spontanicznej wariacji, kostkę miłości z domieszką szaleństwa. Szczyptę zapomnienia, listek obojętności, ziarenko luzu i doprawiłam wszystko wiarą w siebie. Bez zasmażki w postaci przejmowania się wygórowanymi ambicjami, brakiem asertywności, mało zadowalającej pozycji zawodowej, opinią innych, nadwagą, mimiczną zmarszczką na czole, dokonywaniem złych wyborów, taktownym zachowaniem w danej sytuacji…bo to niezdrowe połączenie. Mieszałam ją delikatnie, co jakiś czas pochylając się nad garnkiem niczym do ukłonu w tańcu… jednocześnie wdychając unoszący się w powietrzu zapach przygody…

CDN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *