kobieta
Dopóki trwa życie! Część 4
8 maja 2019
bluzka
Och gdyby to wszystko ogarnąć?! Część 1-3
26 lipca 2019

Analizować siebie. Część 5

lato

Początek nie był łatwy, jak nagle zmienić coś, co tak długo w sobie pielęgnowałam? Jak, nie wzbudzać w sobie poczucia winy, że tym razem znikają ze sklepowego wieszaka bluzki tylko dla mnie, że nie wstaję wczesnym świtem, by zrobić mężowi kanapki do pracy? Jak przeżyć odwrotność sytuacji, że naciskam guzik w pralce po południu a nie z samego rana, aby wszystko zdążyło wyschnąć przed zachodem słońca? Jak zaakceptować rozgardiasz w domu, kiedy wszystkich domowników ogarnia lenistwo? Jak nie stać na straży dwadzieścia cztery godziny na dobę, bez przerwy na oddech, kontrolując wszystkich i wszystko? Jak po latach zmobilizować siebie, aby moja stanowcza postawa wobec rozbrykanych dzieci, przynosiła pożądane efekty? Jak egzekwować od męża wykonywanie czynności? Które należą do niego, a które z racji dobrodziejstwa przejęłam ja… I dlaczego to wszystko, co dotychczas robiłam miało być idealne?! Poukładane jak książki na półce. Dla kogo i po co? Bo na pewno nie dla mnie! Ja czułam się zmęczona, wyssana z energii niewidzialnym czarnym odkurzaczem. Każdego wieczoru padałam na łóżko, jak rzucany na przyczepę od ciągnika, worek ziemniaków. Moje elastyczne niegdyś ciało zrobiło się sztywne jak mosiężny drut. Moje spontaniczne myśli przestały istnieć a ich miejsce zastąpił notatnik w którym skrupulatnie odnotowywałam kolejne zmagania życiowe typu: wywiadówki, zakupy, opłaty, spotkania w urzędach, wizyta u dentysty i takie tam mniej lub więcej ważne sprawy, które wymagały mojej interwencji…

Mój Idealny świat

Ale co w nim jest takie idealne? Co powinnam uważać za priorytet? Stworzyłam mój wyimaginowany poukładany świat i powinnam sobie z tego powodu pogratulować a w nagrodę zafundować czerwone szpilki. Ale gdzie miałabym w nich wyjść? Skoro notorycznie brakowało mi czasu aby zaopiekować się sobą. Tylko ile ja za to zapłaciłam? Za te wszystkie moje idealne starania. I w jakiej walucie? Nieprzespane noce, zszarpane nerwy, niepewna przyszłość, samo obwinianie, stres kiedy spóźniona biegłam na tramwaj…Czy cena nie była za wysoka? Przecież, kiedy wyluzuję słońce i tak wzejdzie kolejnego dnia a ja w końcu nie będę musiała udawać, że się uśmiecham…

Transformacja duchowo – cielesna

Małymi krokami dzień po dniu zakochiwałam się w sobie na nowo. Każdy dzień traktowałam tak, jakby był pierwszym i ostatnim dniem mojego istnienia tu na ziemi. Coraz uważniej zaczynałam słuchać swoich potrzeb i nie ignorowałam wewnętrznego głosu. Żelazko przestało mieć nade mną przewagę. Rozgardiasz w domu też nie kontrolował mojego stanu emocjonalnego i już nie doprowadzał mnie do złości. Mąż coraz częściej podłączał do prądu kosiarkę i sam majstrował w garażu. Córka wiedziała, że jestem w sąsiednim pokoju, gdyby potrzebowała mojej pomocy, kiedy ogarnia ją strach. Zaufałam nastoletnim gościom mojego syna i na czas ich wizyty wychodziłam z domu aby spotkać się z przyjaciółką. Wyrobiłam sobie nawyk trzymania w ręku suszarki do włosów, bo dawno poszła w zapomnienie. Przestałam zakładać spodnie a zaczęłam ubierać spódniczki przed kolana, których nie wypadało mi nosić. Spontanicznie urządzałam grilla nawet jak obłoki na niebie krzywo na mnie patrzyły. Wsiadałam na rower informując moich bliskich, że będę za godzinę, bez zbędnego tłumaczenia. Dlaczego tak się zachowywałam? Bo przestała mnie obchodzić opinia innych! To jak żyję, w co się ubieram i że wypiłam o jedną lampkę wina za dużo! Pseudo porady życzliwych mi osób wsadzałam do głębokiej kieszeni mojej falbaniastej spódniczki, fałszywie dziękując im za troskę i zrozumienie. A jeśli jakiś komentarz w moją stronę wydał się przesadny, wtedy odsyłałam takiego doradcę za płot do swojego domu i do własnego życia, sugerując, że na pewno znajdzie się coś w nim godnego uwagi, naprawy, poświęcenia…

Umoralnianie

Ach, jak ja uwielbiam te zryte moralne porady. A ciekawie robi się wtedy, kiedy znasz życie takiego sąsiada zza płotu lub cioci Lucyny z Krakowa, która pochowała trzech mężów, albo wujka Leona, który przetrwonił cały majątek… a takich „chodzących poradników” jest mnoga ilość i nie trzeba daleko szukać. Moja babcia skwitowałaby to tak: “koń, by się uśmiał” i miałaby rację. Ludzie, którym bliżej do porażki niż do sukcesu, mają zazwyczaj najwięcej do powiedzenia czy to w kwestii wychowywania dzieci, relacji partnerskiej, wyglądu zewnętrznego, biznesu itp. Nie wiem czy z własnej ślepoty a może amnezji? Albo braku wniosków wyciągniętych z własnego życia. Zazwyczaj są to porady pełne troski i zrozumienia dla twojej osoby, które są niczym innym, jak tylko odzwierciedleniem ich własnych myśli, niezrealizowanych pragnień, zaprzepaszczonych szans, sponiewieranej godności i chorą projekcją czegoś co nie istnieje. Dlaczego tacy ludzie chcą naprawiać życie innych a nie swoje? Tego nie rozumiałam i chyba nadal nie rozumiem.

Osobiste wnioski

Zrujnowanie sobie życia było łatwiejsze niż jego odbudowa. Łatwiej mi było zaniedbać siebie, bo miałam więcej czasu na domowe obowiązki. Cieszyłam się, że daję sobie ze wszystkim radę, ale kiedy patrzyłam w lustro wściekałam się na samą myśl, że po raz kolejny odmówiłam wizytę u fryzjera. Niemalże każdego dnia mówiłam do siebie: “od jutra” zadbam o siebie, od stup aż po czubek głowy a takie “jutro” w ogóle nie nadchodziło. Nieuświadomiona porażka mojej kobiecości w zamian za porządek w domu, niewarta była moich dni, które straciłam bezpowrotnie…

CDN


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *