dziecko
Kochanie to ja jestem Twoim stwórcą 1-2
18 lutego 2019
kapelusz
Zraniłam się ! Część 1
23 kwietnia 2019

Kochanie to ja jestem Twoim stwórcą 2-2

niebo

Wiedziałam dobrze, że jak powiem o jedno zdanie za dużo, to moja buntowniczka wstanie od stołu i wyjdzie nie kończąc śniadania. Takie jej zachowanie ostatnimi czasy to standard, a ja zdążyłam się do tych jej kaprysów manifestujących własną osobowość, przyzwyczaić. Zazwyczaj dochodziło do takich scen wtedy, kiedy zaczynały się poważne dyskusje między nami. Nadmierne korzystanie z internetu, który powodował złe oceny w szkole, było najczęstszym sporem w naszym domu. Poirytowana wszechwiedząca nastolatka z racji wytykanych jej błędów zwyczajnie wychodziła z jakiegokolwiek pomieszczenia w którym się obie znajdywałyśmy. Standardowo nasza rozmowa urywała się w połowie z czego wynikały niedomówienia pomiędzy nami. Nie chciałam, by temat i tym razem się urwał…
Kochanie – powiedziałam, patrząc jej prosto w oczy. Po czym dodałam.
Jestem twoim stwórcą. Ja i twój tata. Niestety brak go dziś przy naszym stole, ale nie będziemy teraz o nim rozmawiać. Ty zaglądasz do mojego portfela, więc mowa jest o nas. Wytrzeszczyła szeroko oczy, ja kontynuowałam dalej, powtarzając wypowiedziane już słowa.
Widzisz ja i twój tata jesteśmy twoimi stwórcami, a ty jesteś naszym dziełem. Marketingowym językiem mówiąc, naszym produktem, naszą rzeźbą. To my jesteśmy pomysłodawcami twojego istnienia. Stworzyliśmy Ciebie. Owocem naszej miłości jest twoje życie, więc ty jesteś z nas, i nic i nikt tego nie zmieni.
Słuchała dalej nie wstała od stołu, by tradycyjnie mi przerwać.
Więc teraz pomyśl?! Skup się! Jak możesz swojemu stwórcy mówić, co ma robić, a czego nie robić?! W twoim obecnym wieku, to ja jestem twoim nauczycielem, a nie odwrotnie. To ja jestem twoim kluczem do drzwi wszechświata. Ty jedynie masz wybór, czy przyjmujesz moje słowa, jako wiarygodne i bierzesz do siebie moje rady, czy robisz po swojemu?. Wtrąciłam jeszcze kilka słów o sobie tak dla równowagi emocjonalnej.
Wiem, moje drogie dziecko, ja też popełniam błędy, ale wiele też zdążyłam się nauczyć, obserwując świat. Nie możesz mi mówić, jak mam żyć! Gdzie mam wydawać, a gdzie oszczędzać! Jestem świadoma tego, co robię zapewniam cię. Jeśli ty uważasz, że jest inaczej, to jest to już twój problem! Możesz zaakceptować mój tok myślenia, albo nie? Twój wybór, twoje życie, ale nigdy nie możesz mówić swojemu stwórcy, jak ma żyć.

Nic już nie powiedziała. Nawet nie zaprzeczyła, snując swoje nastoletnie wywody spostrzegania świata. Patrzyła na mnie z lekkim uśmiechem na twarzy, nie ukrywając zdziwienia. Po raz pierwszy nie wyszła machając rękoma, że znowu się jej czepiam. Widziałam w jej oczach, że zrozumiała morał mojego przekazu.
Był to jakiś postęp w naszych relacjach. Wystarczyło odbić pałeczkę w przeciwnym kierunku, takim, jakiego się nie spodziewała.
Bardzo często pozwalamy naszym dzieciom wejść sobie na głowę. Godzimy się na to, aby lekceważyli nasze nakazy, łamali ustalone zasady. (Pomijając dzieci, robimy tak w wielu innych dziedzinach życia…) Często świadomie odpuszczamy, bo uważamy, że nie ma po co drążyć błahego tematu. Duży błąd! Naszą najczęściej używaną strategią jest to, aby przeczekać okres buntu dziecka, poniekąd usprawiedliwiając sobie zachowanie potomka. Potem małe niewyjaśnione sprawy rosną do nieskończonej potęgi, gdzie rezultatem jest nasz potężny wewnętrzny krzyk i wkurzenie na maksa, a w dalszej kolejności podążają za takim stanem, emocjonalne rozgrywki, jak: szantaż, chęć zemsty… Pojawia się smutek, żal, rozczarowanie, złość… Wszystkie takie emocje, które są dla nas toksyczne.
Na początku wpada nam zwykły paproch do oka. Przeszkadza, uwiera i drażni, ale lekceważymy sygnał, mówiąc, że „da się z tym żyć”. Nie ważne jest to, że boli i oko nam łzawi… Potem nadchodzi upadek, bo przez ropiejące oko, nie widzimy kłody na naszej drodze. Wstajemy, lekceważąc i to zdarzenie. Wmawiamy sobie kolejne kłamstwo „ to tylko zdarte kolano, zagoi się”.
Kulejemy, ale idziemy dalej. Tylko dokąd? Do mety- odpowiada jeden z ochotników. Jakiej mety, osobistych porażek?! Nie, oczywiście, że nie!!!- odpowiada zdecydowanie, ale i tak, nie przyznaje się do błędu, a w zamian za to szuka sobie ofiarę, która posłuży mu, jako zadośćuczynienie własnych oporów i lęków….Ale nadal nie robi nic z porządnie napuchniętym już okiem.
Potem jest już tylko gorzej i gorzej w kontekście relacji. Kłoda, jak wiemy to tylko symbol.
Co się musi wydarzyć w naszym życiu, by nami porządnie wstrząsnęło? I co zrobimy, jak spadniemy z urwiska, ślepi i z kulawą nogą?
Paradoksem w tym wszystkim będzie to, że zaczniemy zastanawiać się – dlaczego? Odpowiedz jest bardzo prosta. Dlatego, że paproch wciąż siedzi w oku! Utkwił tam na dobre, niekiedy nawet parę dobrych lat temu.
Dzieci, to z reguły ciężki i wyczerpujący temat. A my rodzice mamy różne doświadczenia związane z tym tematem.
Oczywiste jest, że dzieci nie potrafią czytać w naszych myślach. Słabo nas rozumieją, nawet wtedy, kiedy do nich mówimy otwarcie. Więc nie jest to dziwne, że nie dociera do nich zbyt wiele… Ale pozostawienie, bez echa też niczego nie zmieni, ani nie ulepszy, a nawet pogorszy stosunki rodzic-dziecko. Dlatego trzeba dążyć do tego, by stawiać sprawę jasno! Nie wolno czekać, kiedy nasz syn, czy córka zaczną być odpowiedzialni za własne myśli…Taki stan może trwać wieczność.
Dlatego zamiast kopać sobie emocjonalny dół. Żalić się koleżankom, jakie to mamy problemy z naszymi dziećmi…
Należy odłożyć łopatę zanim w ogóle wpadniemy na taki pomysł. Takim zachowaniem na przysłowiowego” biedaka”, nic nie zyskamy.
Musimy stawiać sprawę jasno! Przede wszystkim uświadomić sobie, że tak, jak my, tak i nasze dzieci wykształtowały u siebie pewne nawyki myślowe. I owszem, nie które umknęły naszej uwadze, a w szczególności te określane przez nas, jako negatywne. I mieliśmy takie prawo czegoś nie zauważyć lub zrobić to inaczej… Przeszłość to przeszłość i niech tak zostanie. Noszenie w sobie poczucie winy za złe wychowanie dziecka, to zły pomysł i żadne skróty, by zmienić relacje na lepsze… Należy pamiętać o tym ,że problemy nie znikają same z siebie.
Wracając do tematu mojego dziecka i mnie, jako jej mamy. Stwierdzam, że pomysł z symbolicznym stwórcą był, jak najbardziej trafny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *